Palec w blenderze

Z cyklu „blender ręczny”… Lat temu kilka wieczorną porą zachciało mi się koktajlu. Wrzuciłam owoce, zmiksowałam. Postanowiłam przemóc swoją prokrastynację i wymyć blender od razu (byłam po 17h na nogach). Wsadziłam do zlewu… Podłączony. Blenderem szarpnęło, mnie zabolało.

Popatrzyłam przez chwilę zdziwiona na palec: krew się leje. Trochę skonsternowana wsadziłam palec w paszczę i wymyśliłam, że chyba dobrze byłoby to zszyć.

Otworzyłam drzwi na klatkę (z palcem w dziobie) i z pewną beztroską zadzwoniłam do brata, czy mógłby mnie zawieźć do szpitala, bo wsadziłam palec w blender i nie jestem pewna czy mam go w całości. W międzyczasie łapałam swoje koty, które postanowiły wyjść na klatkę i wyszłam z domu przed kamienicę (wciąż z palcem w dziobie, to dość istotne).

Zaczepiłam bogu ducha winną kobietę na przejściu i sepleniąc przez ten palec zapytałam, czy wie, w którą stronę najbliższy szpital. Zupełnie nie rozumiałam czemu zrobiła oczy jak 5 zł i starała się trzymać na odległość…

Po paru minutach zjawił się brat, popatrzył na mnie, zbladł, owinął palec w swoją bluzę i zawiózł na SOR, gdzie wszyscy byli dziwnie grzeczni.

Dopełniłam formalności, usiadłam na krzesełku, a młody tupta do łazienek i wraca z naręczem mokrych ręczników, po czym zaczyna wycierać mi twarz. Zdziwiona pytam, po co mu i pada takie zdanko:

„Wiesz jak wyglądasz? Jak wampir po dobrej kolacji.”

Palec mam szyty dookoła i brak mi czucia w opuszku. I gdyby czytała mnie pani z przejścia dla pieszych to bardzo przepraszam, nie chciałam jej wystraszyć.

Może ci się spodobać również
Powiadom o nowych komentarzach
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments