Paląca mama

Mój przyjaciel jest ginekologiem. Gdzie się nie obejrzy widzi pacjentki. Osobiste i potencjalne. Ależ oczywiście, że dostrzega również ludzi i kobiety w swym pięknie, jednak gdy się jest lekarzem, los tak jakoś naszymi krokami kieruje, że chcąc niechęcąc, co rusz na naszej drodze zjawia się pacjent.  Tak było i tym razem.

Idzie sobie mój przyjaciel ginekolog do pracy i jak to ma w zwyczaju, próbuje te ostatnie chwile przed wejściem na oddział resetować umysł. Nikogo chyba nie zdziwię, gdy powiem, że znów mu się nie udało. Otóż nagle, u jego stóp wyrasta ciężarna, która niczym lokomotywa otacza się woalem dymu.

– Czy nie jest pani żal dziecka? – Delikatnie zagaja mój przyjaciel – ginekolog.

– A co to pana obchodzi! Niech się pan martwi o swoje dzieci, mojego porodu pan przyjmował nie będzie.

Odchodząc burknęła coś wulgarnie pod nosem, w delikatnej wersji: Co jej będzie chłop mówił co ma robić, gówno wie o rodzeniu.

Dzień później. Obchód. Sala nr 15, a pacjentka schowana pod kocem wyściubić nosa nie chce.

– Doga Pani S. po co się chować, przecież my już się znamy!

Powiedział mój przyjaciel trochę zniesmaczony, trochę rozbawiony. A pacjentka do ostatniej minuty przed porodem błagała los, żeby to nie ten mądrala witał na świecie jej dziecko.

Zgadnijcie kto miał wtedy dyżur?

Może ci się spodobać również
Powiadom o nowych komentarzach
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments